Teatr z Berlina, Chcemy byc pomylka
Opublikował/a freeda17 w dniu maj 6, 2008
Gisela Höhne, aktorka teatralna
Chcieliśmy być bezczelni. Żadnego współczucia. Żadnego dociekania, dlaczego ludzie upośledzeni robią coś tak czy inaczej. Chcieliśmy zadać pytanie najważniejsze: czy w ogóle mają prawo do istnienia?
Gisela zabiera Moritza do domu. Już wie, że jej kariera aktorska jest skończona.
Rok 2006, Berlin. W Browarze Kultury - wielkim kompleksie artystyczno-kulturalnym w dzielnicy Prenzlauerberg - odbywa się premiera nowego spektaklu Teatru Ramba Zamba. Na scenę wybiega przysadzisty chłopak z długimi włosami spiętymi w kucyk i zaczyna tańczyć do rytmu wybijanego na bębnach. Jego ruchy przypominają wojenny taniec Maorysów skrzyżowany z treningiem piłkarzy. Najpierw całuje scenę, jakby całował murawę boiska, potem pokazuje publiczności kciuki, a następnie zrywa się do biegu, jakby ścigał niewidzialnego przeciwnika. Jego ruchy są ciężkie, ale precyzyjne. Kiedy kończy, na widowni zapełnionej do ostatniego miejsca zrywają się oklaski.
To Moritz Höhne, syn Giseli. Od innych aktorów, którzy tego wieczoru występują w berlińskich teatrach, różni się tylko jednym chromosomem.
Socjalizm bez niepełnosprawnych
Gisela Höhne nie zastanawia się, co by było, gdyby Moritz nie przyszedł na świat. Albo urodził się zdrowy. Po prostu nie ma na to czasu. Rano trening, po południu próby, wieczorem przedstawienie.
Dla upośledzonego syna rzuciła aktorstwo. Dla niego skończyła nowe studia - teorię teatru na Uniwersytecie Humboldta. I dla niego założyła na początku lat 90. własny teatr Ramba Zamba, w którym obok zdrowych aktorów występują psychicznie upośledzeni.
Ten całkowicie profesjonalny zespół finansowany przez berliński senat różni się od innych teatrów z udziałem niepełnosprawnych tym, że spektakle adresuje przede wszystkim do normalnej publiczności. Tej, która nie szuka w teatrze terapii, ale rozrywki i prowokacji intelektualnej. W Ramba Zamba znajduje jedno i drugie.
Wszystko zaczęło się w połowie lat 80. od imprezy bożonarodzeniowej w ośrodku dziennej opieki, do którego chodził mały Moritz. Opiekunowie przygotowali występ dzieci, aby sprawić przyjemność rodzicom. Ale zamiast pięknej bajki wyszła karykatura - dzieciaki z downem nie potrafiły ani tańczyć, ani śpiewać, ani udawać zdrowych.
- Byłam załamana - opowiada Gisela Höhne. - Ktoś zmusił dzieci do czegoś, czego nie potrafiły i nie chciały zrobić. Pomyślałam: czy nie ma w sztuce form, które byłyby dla nich bardziej odpowiednie?
Tak zrodził się pomysł cyrku Bimbo, w którym ośmio-, dziesięcioletnieletnie dzieciaki naśladowały zwierzęta i wykonywały na niby skomplikowane akrobacje, na przykład balansowanie na ławce. Gisela założyła go z mężem, reżyserem teatralnym Klausem Erforthem.
- Pomysł polegał na tym, aby dzieciom z problemami rozwoju dawać bardzo proste, ale konkretne zadania. Szybko przekonaliśmy się, że potrafią więcej, niż myśleliśmy.
Cyrk Bimbo był pierwszym tego rodzaju zespołem w NRD. Oficjalnie w socjalizmie problem upośledzonych nie istniał. Nie było sportu dla upośledzonych, nie było grup wsparcia, żadnych ośrodków ani propozycji spędzania wolnego czasu. Tylko cztery ściany mieszkania.
A Klaus i Gisela chcieli wszystkiego. Zaproponowali więc młodzieżowej organizacji FDJ zorganizowanie festiwalu kultury i sportu niepełnosprawnych.
- Nasza pierwsza rozmowa trwała cztery godziny, byli bardzo zainteresowani, obiecywali pomoc. Kiedy spotkaliśmy się po raz drugi, aby uzgodnić szczegóły, mieli dla nas już tylko pół godziny. Ostatnia audiencja trwała trzy minuty. Wyszedł do nas asystent i poinformował, że festiwalu nie będzie, bo niepełnosprawni go nie potrzebują.
Urzędnik z wydziału sportu oświadczył, że nie wpuści na stadion upośledzonych, bo to byłoby wbrew idei ’sport to zdrowie’.
Ale jak to w komunie - oficjalna ideologia sobie, życie sobie. Kierowniczka dziennego ośrodka dla niepełnosprawnych pomogła im i mogli pokazywać swoje przedstawienia w szkołach. Nie wszędzie byli dobrze widziani, zwłaszcza przez pedagogów.
- Jak to, to my uczymy dzieci, żeby były grzeczne, a wy pozwalacie im krzyczeć na scenie? To niepedagogiczne - protestowali.
- To jak mają zagrać lwa? Bez ryczenia? - odpowiadała aktorka.
- Po 1989 roku przed niepełnosprawnymi otworzyły się szerokie możliwości. Powstały ośrodki pomocy, szkoły i zespoły artystyczne. Problemem byli wciąż ludzie starsi, którzy w czasach NRD siedzieli po domach. Oni wymagali największej pomocy - mówi Gisela.
To z myślą o dorosłych Klaus i Gisela założyli w 1991 roku stowarzyszenie Zegar Słoneczny (Sonnenuhr), w którym prowadzili zajęcia z teatru, tańca i plastyki. Odwiedzali warsztaty dla upośledzonych i namawiali ludzi do współpracy. Wkrótce przy stowarzyszeniu powstał teatr.
- Nazwa Zegar Słoneczny symbolizowała harmonię z naturą, tymczasem teatr musi być dziki, oparty na sprzecznościach. Dlatego nazwaliśmy go Ramba Zamba.
Dzisiaj Ramba Zamba to dwie niezależne grupy teatralne, które prowadzą Gisela i jej mąż. Z teatrem współpracuje także drugi syn Giseli Jacob, który robi projekcje wideo. Przez zespół przewinęło się dotąd prawie trzysta osób, z którymi wystawili 17 premier. Dzisiaj nie muszą już szukać aktorów - jest ich więcej, niż mogliby przyjąć.
Gisela Höhne: - Wszystkie nasze przedstawienia łączy jedna idea: perfekcja nie jest najważniejszym celem w życiu. Nie ukrywamy, że nasi aktorzy są ułomni. Przeciwnie, z ułomności uczyniliśmy siłę.
W grupie są dorośli z zespołem Downa, chorzy na epilepsję i autyzm. Najmłodsi mają po 20 lat, jak Nela Winkler, córka znanej niemieckiej aktorki Angeli Winkler. Najstarsi - koło pięćdziesiątki. Ale nie ma tu miejsca na łzawe sentymenty. W spektaklu według ‘Pięknej i Bestii’ jeden z upośledzonych aktorów śpiewa: ‘Chcę być pomyłką!’. To motto ich pracy.
Aktorzy Teatru Ramba Zamba nie chowają się za maskami lub grubym makijażem.
- Chcę zobaczyć twarze aktorów, chcę zobaczyć ich odmienność, ich specjalne zdolności - mówi z przekonaniem Gisela.
Ich przedstawienia inspirowane są z jednej strony klasyką: Szekspirem, Kafką, Eurypidesem, Büchnerem, z drugiej - improwizacjami, w których do głosu dochodzi podświadomość upośledzonych aktorów. - Z łatwością kreują poetyckie symbole i metafory. Możemy im zazdrościć twórczej swobody.
Za swobodą i wyobraźnią stoi jednak ciężka praca. Przygotowania do spektaklu trwają nawet do dwóch lat, aktorzy spotykają się dwa-trzy razy w tygodniu na próbach i treningach. Na więcej nie mają czasu, większość do południa pracuje. Rene sprząta w szpitalu, Jenny jest barmanką, inni są zatrudnieni w warsztatach. Bez treningu wejście na scenę i wypowiedzenie prostej kwestii byłoby dla nich jak wspinaczka na Mount Everest.
W przedstawieniach mówią o odmienności, dyskryminacji i wykluczeniu. Ich wersja ‘Alicji w krainie czarów’ to opowieść o dziewczynie próbującej opanować reguły, które otworzyłyby jej drogę do świata dorosłych. ‘Orfeusz bez echa’ na motywach ‘Orfeusza i Eurydyki’ to podróż do podziemnego świata, gdzie moralność, logika i rozsądek są zawieszone, a Eurydyka nie chce iść za Orfeuszem.
O samotności i wyobcowaniu opowiada ‘Medea’ inspirowana antyczną tragedią Eurypidesa o czarodziejce z Kolchidy i morderczyni własnych dzieci. To jedno z najsłynniejszych przedstawień Teatru Ramba Zamba z lat 90. Wykluczenie bohaterki zdradzonej i odrzuconej przez męża stało się tu symbolem wykluczenia psychicznie upośledzonych.
- Wszystkie kobiety w naszej grupie są bardzo samotne, zwłaszcza trzy najstarsze. W którymś momencie zrozumiałam, że one wszystkie są Medeami - mówi reżyserka.
Przedstawienie rozgrywa się pod metalową bramą prowadzącą do Koryntu, pod którą zatrzymuje się wędrowna trupa teatralna. Nikt nie chce ich wpuścić do środka, bo nie mają wymaganych dokumentów: pozwolenia na pobyt, zaświadczenia o majątku, testu na AIDS i świadectwa stanu zdrowia.
Gisela: - Korynt symbolizuje normalną kulturę, do której ludzie upośledzeni nie mają wstępu. Ich przepustką ma być właśnie przedstawienie ‘Medei’, które grają pod bramą na ubitej ziemi.
Grupa aktorów dzieli się na mężczyzn i kobiety, Jazonów i Medee. Jazonowie przenikają pojedynczo na drugą stronę bramy i wracają odmienieni, w białych garniturach. Na murach miasta czeka na nich kochanka, piękna Glauke. Tymczasem zdradzone Medee wysypują przed bramą ziemię, którą przyciągnęły ze sobą w workach. To metafora ich dzieci zabitych w zemście. W finale mężczyźni sprzątają ziemię sprzed bramy razem z ubłoconymi Medeami. Trzeba oczyścić miejsce, bo miasto się rozbudowuje.
Ale teatr podejmuje i lżejsze tematy. ‘Babska rewia’ opowiada o marzeniach dziewczyny, która chce być kobietą. Jest tu wszystko, co powinno być w porządnej rewii: tajemnicze kobiety w cudownych kostiumach, dzikie tańce, erotyka i rozgwieżdżone niebo. ‘Gisela Höhne za pomocą fantastycznych obrazów pokazuje skomplikowaną drogę od dzieciństwa do dorosłości, tworzy połyskliwy, zagadkowy, roztańczony świat jak ze snu, z poczuciem humoru porusza wielkie tematy: kobieta i mężczyzna, bliskość i dystans’ - pisała po premierze prasa.
Opublikowany w Teatr | Brak komentarzy »